RSS
wtorek, 30 października 2007
Lubliner Klezmorim

Postanowiłem w końcu chyba odświeżyć tutaj troszkę, zetrzeć troszkę kurzu. Nie miałem pojęcia, że muzyka Klezmerska może być tak świetna. Wczoraj byłem z przyjaciółmi na koncercie, ale naprawdę rewelacja. Muzycy też fantastyczni. Koncert był troszkę opóźniony jakieś 20 min. Impreza obywała się w Akwarium w ZT. Bilety po 20 zł, ale mi się podobało. Oby więcej J. Umieściłem też jedn z utworów jaki był na koncercie z płytki którą kazdy dostał:

Lubliner Klezmorim - Ale Brider

http://download.yousendit.com/2642A73C583CACF5

poniedziałek, 10 września 2007
Strach przed uczuciem

Artykul pochodzi ze strony http://psychologia.net.pl

Renata:
Dlaczego niektórzy ludzie boją się angażować? Czy to z obawy o zobowiązania czy o utratę wolności?

Ewa:
Strach przed uczuciem? Oj, powodów może być tyle, ilu ludzi. Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Trzeba zadać sobie pytanie o to, co przeszkadza kochać? Co mogłoby to ułatwić? Co najgorszego mogłoby się zdarzyć po np. 5 latach związku? Rzeczywiście często jest to obawa przed zobowiązaniami. Dopóki z uczucia czerpie się wyłącznie przyjemności, jest łatwo. Problemy zaczynają się, kiedy podejmujemy się próby stworzenia prawdziwego, długotrwałego związku. Kiedy trzeba zacząć dawać z siebie sporo wysiłku. Niektórzy nie są jeszcze gotowi do takiej ?utraty wolności?. Do tego też trzeba dojrzeć.

Renata:
A może boimy się zranienia?

Ewa:

Często też jest tak, jak mówisz - pojawia się obawa przed zranieniem. Aby się uchronić przed katastrofą, nawet nie próbujemy zaczynać związku. Nie dajemy sobie prawa do uczuć. To trochę tak, jakby pojechać do Paryża i celowo przesiedzieć tam cały czas w hotelu - bo spodziewamy się, że będzie nam potem żal wyjeżdżać do domu, jeśli zobaczymy te wszystkie cudowne zakątki miasta...

Renata:
Jak się manifestuje nasza obawa? Albo w jaki sposób możemy rozpoznać, że ktoś inny boi się zaangażowania?

Ewa:

Bardzo często jest tak, że po pewnym - dłuższym lub krótszym - czasie trwania znajomości ktoś zaczyna zachowywać się w taki sposób, by sprowokować zerwanie. Czasem jest to oziębłość, czasem jakieś przykre słowa, spóźnianie się, nadmierna zazdrość, szukanie dziury w całym, a czasem arogancja czy tak nachalne zachowania, że nie da się tego dłużej wytrzymać. Często nawet taka osoba nie zdaje sobie sprawy z własnego zachowania. Ale jeżeli nie wychodzi nam już któryś z kolei związek - warto się przyjrzeć temu z większym dystansem i sprawdzić czy nie powtarza się w tu jakiś schemat. Jakieś błędne koło.
Bywa też tak, że ktoś w ogóle nie wchodzi w żadne związki. Nie umawia się na randki, ucieka w nadmierną pracę, naukę, hobby...

Renata:
Czy ten strach można pokonać? Czy powinno się go pokonywać?

Ewa:

Pewnie, że można to pokonać! A czy powinno się? Szkoda nie doświadczyć wspaniałych przeżyć z powodu strachu. Szkoda by było nie zobaczyć tego Paryża :-)

Renata:
Dlaczego przeraża nas odpowiedzialność za uczucia? Bo wymaga wysiłku?

Ewa:

Chyba tak. To koniec beztroskich dziecięcych znajomości. Dojrzały związek to już ciężka praca - choć niezwykle opłacalna :-) Niektórzy jednak boją się tej odpowiedzialności.

Renata:
No ale przecież trudno oczekiwać, że można przez życie przejść lekko i bez szwanku ? zawsze nas coś zrani, zasmuci, także związki z innymi ludźmi. Jak się z tym pogodzić?

Ewa:

Pomyśleć o drugiej stronie tej sprawy. O korzyściach, jakie pomimo trudności możemy uzyskać. O wszystkich fajnych przeżyciach po drodze. Skupienie się na pozytywach pozwoli poradzić sobie z trudnościami i porażkami. Porażki też mogą być twórcze, rozwojowe dla nas. Wykorzystajmy je w taki właśnie sposób. Cóż, nie ma róży bez kolców :-) Swoją drogą, to właśnie róża najbardziej kojarzy się z miłością... ;-)

Renata:
Czy obawa o utratę wolności w związku jest słuszna?

Ewa:

Nie da się ukryć, że w związku zmienia się poczucie wolności. Kończy się myślenie w kategorii ?ja?, zaczyna się myślenie w kategorii ?my?. Trzeba nauczyć się zawierać kompromisy. A to bez utraty części własnej wolności się nie stanie. Z drugiej jednak strony zyskujemy nową przestrzeń w postaci osoby naszego partnera. Nagle możemy korzystać z jego zasobów, mamy oparcie, mamy kogoś, kto nas uskrzydla. I może się okazać, że rezygnując z części własnej wolności, zyskujemy znacznie więcej - energię, pomoc i siłę do zdobywania świata. Myślę sobie, że to bardzo korzystna zamiana.

Renata:
Skakać do tej głębokiej wody czy nie? Bać się czy nie?

Ewa:

Skakać! A co nam szkodzi! Szkoda by było nie doświadczyć miłości. Zresztą - jeśli czegoś już doświadczymy - możemy potem bardziej rozsądnie zdecydować, co dla nas dobre, a co nie. A każde doświadczenie, nawet to złe, sprawia, że stajemy się życiowo mądrzejsi. Zresztą po co skakać od razu z trampoliny. Zawsze można zacząć od skoku na mniejszą skalę, ostrożnego. A w miarę upływu czasu i zdobywania doświadczenia, strach będzie się zmniejszał. No i jakiś miły ratownik też zwykle czuwa w pobliżu ;-)))

Jak prawdziwie kochać ludzi?

Artykul pochodzi ze strony http://psychologia.net.pl autor artykulu: Agnieszka Niesłuchowska

Miłość jest sztuką i jak przekonuje nas E. Fromm w książce pt. „O sztuce miłości” - można się jej nauczyć. Rzeczywiście jest to niesamowite uczucie, łączące nie tylko kobietę i mężczyznę, ale matkę i dziecko, rodzeństwo. Jest też miłość do samego siebie i miłość do Boga. Jak widać jest wiele różnych typów miłości i są one zależne od przedmiotu naszej miłości. Ale tak naprawdę wydaje mi się, że jest coś wspólnego w tych typach. Bo przecież chodzi tu o to samo uczucie – miłość. A ono swoją niepowtarzalnością zachęca nas do ciągłego poszukiwania jej i dbania o nią, gdy już ją odnajdziemy.

Miłość jest rzeczą ważną, ale nie prostą. O tym uczuciu można się wiele nauczyć, ale nie każdy jest o tym przekonany. Niektórzy uważają, że kochać kogoś to nic trudnego. Rzeczywiście, uczucie przychodzi samo do nas, ale, aby mogło się rozwijać, trzeba poświęcić jej wiele swojej uwagi. Jeśli ktoś tak nie uważa, to z kilku powodów, o których pisze Fromm. Pierwszy jest taki, że większość ludzi przede wszystkim chce być kochanym, mniej natomiast chce kochać kogoś i mniej chce umieć kochać. Ważne jest, aby podobać się innym, zwracać na siebie uwagę innych, a wszystko to w tym celu, by zdobyć czyjeś uczucie. Mniej jesteśmy zaangażowani w to, żeby pokochać kogoś. Czujemy się wartościowsi, jeśli to ktoś wykona pierwszy krok, aby nas zauważyć, a nie my. Jesteśmy wtedy odbiorcą spojrzeń, zalotów i tak nam się to podoba, że zostajemy w tej roli na zawsze. Podczas gdy druga osoba czeka na naszą inicjatywę. Jest to z pewnością przejaw egoizmu, a przecież w związku opartym na obustronnej relacji tak samo dajemy jak i bierzemy. I jest to niemalże oczywiste, podstawowa zasada, ale dlaczego często tak nie jest? Każdy z nas powinien sobie odpowiedzieć, jak jest w moim związku? Czy tyle samo możemy komuś dać od siebie, ile weźmiemy od niego czułości, opieki, zainteresowania itp.? Bądźmy nie tylko szczęśliwi ale uszczęśliwiajmy bliskich nam ludzi.

Drugi powód, który sprawia, że uważamy miłość za proste uczucie to przekonanie, że problem miłości to problem obiektu a nie problemzdolności. Znalezienie właściwego obiektu miłości nie jest prostym zadaniem. Czasami nie zdajemy sobie z tego sprawy, że szukamy osoby takiej, aby posiadała ona cechy, wygląd i rzeczy, które zaimponują naszemu otoczeniu i poprawią nasz wizerunek. Każda epoka posiada ideał, który jest pożądany z punktu widzenia walorów społecznych. Czy nie jest teraz tak, że sukces materialny jest „wartością”? I jak Fromm pisze: „Tak, więc dwie osoby zakochują się w sobie, kiedy czują, że znalazły najlepszy osiągalny na rynku obiekt.” Pamiętajmy, że to my wybieramy, z kim dzielić swoje życie, otoczenie nie powinno dyktować nam żadnych warunków. A jeśli tak robi? Należy pamiętać, że to my decydujemy o tym, jak ma wyglądać nasze życie. To my najlepiej wiemy, co zrobić, aby być szczęśliwym, tego nikt za nas nie wybierze, bo kto nas tak dobrze zna jak my samych siebie?

Trzecie przekonanie, które wprowadza nas w błąd, że nie możemy się w sprawie miłości niczego nauczyć to: mylenie początkowego uczucia zakochania ze stałym stanem zakochania. Po okresie zafascynowania sobą dołącza się do tego proza codzienności. Zaczynamy się coraz lepiej znać, rozmawialiśmy ze sobą już na wiele tematów i jeśli zaczynają się one kończyć, to czy jest to prawdziwe „pozostanie w miłości”? Czy może sygnał szaleńczej, ale nietrwałej miłości? Gdy między dwojgiem zakochanych cisza zapada i nie jest ona czymś uciążliwym, to znaleźliśmy to, czego szukaliśmy. Zdolność do bycia z kimś, a jednocześnie pozostanie z własnymi myślami, jest według mnie prawdziwą sztuką. Nie wiem czy argumenty Fromma Was przekonują, że miłość nie jest prostym uczuciem? Ja zgadzam się z nim, bo zbudować związek oparty na obustronnym szczęściu nie przychodzi łatwo, ale gdy trafiliśmy na swoją połowę, to przychodzi nam intuicyjnie. Podświadomie wyczuwa się potrzeby drugiej osoby i reaguje się na nie, robiąc to z radością, a nie z obowiązkiem. Fromm podsumowuje swoje rozważania na ten temat w następujący sposób: należy uświadomić sobie, że „miłość jest sztuką, tak samo jak sztuką jest życie; jeśli chcemy nauczyć się kochać, musimy postępować w sposób identyczny jak wówczas, gdy chcemy nauczyć się jakiejkolwiek innej sztuki, powiedzmy muzyki, malarstwa.”

Ja wygląda dojrzała miłość? „Dojrzała miłość jest zjednoczeniem, w którym zachowana zostaje integralność człowieka, jego indywidualność.” Często mówimy, że jesteśmy połączeniem dwóch brakujących połówek i stanowimy całość. Jest to ważne, ale w tej całości najważniejsze jest to, że złączeni ze sobą tworzymy dwie odrębne jednostki, charaktery i osobowości. Nie powinniśmy o tym zapominać, bo wchłonięcie i uwięzienie drugiej bliskiej nam osoby spowoduje jej problemy ze sobą. Wzajemny szacunek dla swoich odrębności tworzy jeszcze bliższą relacje. Akceptując siebie nawzajem nie próbujemy zmieniać drugiej osoby na jej wyidealizowany wizerunek przez nas. Słabości, wady i zalety są w równym stopniu częścią tej osoby i tworzą z niej tą jedyną niepowtarzalną osobowość, która nas ujęła.

„Miłość to działanie, a nie bierne doznawanie. Czynny charakter miłości można najogólniej określić zdaniem, że kochać to przede wszystkim dawać, a nie brać.” Już o tym wcześniej wspominałam, ponieważ jest to podstawą naszego dojrzałego związku. Co można dać od siebie innym? Chyba nie muszę wspominać, że nie jest tu najważniejsze dawanie rzeczy materialnych. Owszem zawsze jest nam miło, kiedy ktoś o nas pamięta i dba o te nasze potrzeby. Jest to też miłe, zwłaszcza, jeśli podarunek jest tym, na co czekaliśmy. Odrębnym tematem jest to, ze należy partnera informować o swoich marzeniach, a nie czekać aż on/ona się domyśli. Czasami ludzie czekają na coś całe życie, wierząc w to, że druga osoba odgadnie jej/jego myśli. Czy warto? Uważam, że nie, po to jest komunikacja, aby powiedzieć sobie, czego od siebie oczekujemy. W końcu ludzie nie są jasnowidzami. Jeśli partner/-ka uważnie nas słucha na pewno spełni to, co chcemy. Ale o tym tak odbiegając od tematu. Co możemy dać od siebie innym? Swoją radość, swoje zainteresowanie, zrozumienie, swoją wiedzę, humor i swój smutek. Troskę, poczucie odpowiedzialności, poszanowanie i poznanie. Czy można dodać coś więcej? Taki jest cały sens dawania!

„Miłość jest czynnym zainteresowaniem się życiem i rozwojem tego, co kochamy.” Każdy lubi, jeśli ktoś się nim interesuje i jest to pewne. Ale czy my potrafimy interesować się innymi? Uważne słuchanie jest trudna sztuką. Zazwyczaj, gdy ktoś coś do nas mówi, my w tym momencie już zastanawiamy się, co chcemy powiedzieć i niecierpliwie czekamy na swoją kolej. To nie jest na pewno przejaw zainteresowania, ale egocentryzm, czyli skupienie się na sobie, swoich problemach. Jesteśmy również odpowiedzialni za druga osobę, za to, co się z nią dzieje. To, co robimy dla niej i mówimy do niej, spotyka się z jej reakcją i odpowiedzią. Dlatego należy pamiętać zawsze o tym, z jaką reakcją mogą się spotkać nasze słowa. Poznanie innych, jest wtedy, gdy mogę wykroczyć poza zainteresowanie samym sobą i zaczynam widzieć drugą osobę na tle jej spraw. Chcieć poznać kogoś czyni z nas również godnym zainteresowania.

Miłość jest doznaniem osobistym i indywidualnym. Każdy przeżywa ją inaczej a jednak podobnie. Czy istnieje coś takiego jak praktyka sztuki miłości? Fromm proponuje nam coś takiego, ale nie pisze o prostej recepcie na to, jak nauczyć się kochać? Bo tak naprawdę nie jest to łatwe i wielu przyzna mi rację. Podstawa do tego, aby móc kochać innych jest to, aby kochać siebie. Najpierw nauczmy się być sami ze sobą szczęśliwi, wtedy odnalezienie drugiej połowy przyjdzie samo. A jak przyjdzie, to nie będziemy uzależniać swojego szczęścia od kogoś, będziemy tworzyć je razem. Również ważny jest rozwój naszej osobowości. Fromm mówiąc o praktyce miłości stwierdza, że uprawianie tej sztuki wymaga dyscypliny, koncentracji i pełnego zaangażowania. Czy odnosi się to do sztuki miłości? Zdecydujcie sami! I odnajdźcie swoją własną sztukę miłości! Wielu mówi, że warto i ja też!

"Zaborczość gasi uczucia"

Artykul pochodzi ze strony http://psychologia.net.pl

Renata:
Witaj Ewo, porozmawiajmy dziś o tym, czym jest zaborczość?

Ewa:
Dla mnie zaborczość jest pozbawieniem drugiej osoby jej indywidualności w celu zaspokojenia własnych potrzeb. Uff... ale zabrzmiało... To taka sytuacja, w której nie pozostawia się innym ludziom przestrzeni dla ich własnego życia, w której kontroluje się innych tak dalece, jak to tylko możliwe.

Renata:
Jak odróżnić roszczenie sobie praw do kogoś od całkiem sensownych oczekiwań?

Ewa:
To akurat dość proste. W dzisiejszych czasach trudno nawet mówić o posiadaniu praw do kogoś. Nie ma prawa własności. Jest za to dwustronna umowa - formalna bądź nieformalna. I kluczem do Twojego pytania jest właśnie ta umowa. Związek to nie niewolnictwo, ale pole do negocjacji. Rozmawiajmy o swoich oczekiwaniach i potrzebach. Ważne jest, by były one zaspokojone w rozsądny sposób. W dobrych związkach istnieją trzy przestrzenie dla tych potrzeb: po jednej "prywatnej" dla każdego z partnerów i jedna wspólna, stworzona na drodze kompromisu z fragmentów tych części "prywatnych". Jeżeli nie przekraczamy wspólnie ustalonych granic, to wszystko jest okay. Natomiast, kiedy zagarniamy dla siebie całkowicie teren prywatny naszego partnera, to wtedy już postępujemy nie fair.

Renata:
Chyba zgodzisz się ze mną Ewo, że zaborczość nie jest w związku cechą pożądaną i może zniszczyć nawet najpiękniejszy związek?

Ewa:
Oj tak, zaborczość - nawet, jeśli stoją za nią najlepsze intencje (bo i tak bywa) - zabija partnerstwo i przekształca związek w coś, co przypomina raczej układ "pan-niewolnik".

Renata:
Zaborczość wiązałabym z zazdrością, a zazdrość z niepewnością uczuć partnera. Czy to dobry trop?

Ewa:
Coś w tym jest. Dla mnie rzeczywiście zazdrość wiąże się z niepewnością uczuć partnera, ale zaborczość wydaje mi się jeszcze szerszym pojęciem. No i jeszcze to, że partner może dać rzeczywiste powody do zazdrości, do zaborczości - już nie. Zaborczość tkwi jakby wyłącznie w nas samych. To potrzeba posiadania na wyłączną własność. A powody mogą być różne.

Renata:
Chęć sprawowania kontroli nad związkiem, nad drugą osobą? To wynik naszej bezradności? Braku zaufania?

Ewa:
Bardzo często wynika to z poczucia niskiej wartości. Poprzez zagarnięcie na własność innej osoby ktoś może podbudowywać swoje ego. Czasem jest to rozpaczliwa próba ratowania związku, kiedy poprzez zaborczość chce się zatrzymać partnera przy sobie. Ale łatwo sobie wyobrazić, że skuteczność tego działania jest znikoma... Czasem chcemy w ten sposób chronić drugą osobę przed popełnieniem czegoś głupiego. Chcemy jak najlepiej, tymczasem ubezwłasnowolniamy tę ukochaną osobę. I efekt jest tragiczny. Można by tak wymieniać tych powodów całe mnóstwo...

Renata:
Jak sobie radzić z zaborczością?

Ewa:
Przede wszystkim trzeba ją sobie uświadomić. I odkryć powody, jakie nami kierują. Czasem pomaga zapytanie siebie, co by się stało, gdyby nagle zniknął nasz partner? Jakbyśmy się czuli? Odpowiedź na te pytania może wskazać na potrzeby, które zaspokajamy właśnie poprzez zaborczość. Zaspokojenie ich w inny sposób może odebrać nam powód do zaborczości. Samo uświadomienie sobie tej cechy też już może przynieść korzyści - jest szansa, że wtedy zaczniemy być bardziej uważni na to, co robimy, zaczniemy kontrolować bardziej siebie niż partnera. Ale przede wszystkim - w miarę możliwości - rozmawiajmy o tym!

Renata:
A jak sobie radzić z zaborczością partnera?

Ewa:
Jeżeli rozmowy na ten temat z partnerem nie przynoszą efektów, a my czujemy się z tym źle, to być może jest to najlepszy czas, by przerwać ten związek. Albo zrobić sobie przerwę. Największy problem z zaborczym partnerem polega na tym, że on najczęściej nie widzi problemu i wcale nie ma ochoty dopuszczać nas do głosu. Jeżeli zatem nasze próby rozmawiania przypominają walenie głową w mur - to poważnie zastanówmy się nad przyszłością tego związku.

Renata:
Zaborczość jest niszcząca, a co jest przeciwwagą, co związek buduje? Tolerancja? Szacunek dla partnera? Zaufanie?

Ewa:
Zebrałabym to wszystko w jednym słowie: partnerstwo!

Wypowiedzi z forum Cogito


Małgorzata:
Kiedyś w innym związku miałam z nią problemy. Zniszczyła wszystko. Teraz jestem w całkowicie zdrowym związku, w którym zaborczość nie istnieje. Jest zazdrość, ale tylko ta niegroźna. Cieszę się, że nas ten problem nie dotyczy, bo wiem, że może wszystko zniszczyć.

Sjenn:
Zaborczy człowiek chce mieć człowieka na własność. Urządza mu awantury o spotkania z innymi ludźmi, wypytuje, co oni powiedzieli, a jeśli jest wrogo nastawiony, także z nich drwi. Obraża się, urządza prawdziwe sceny zazdrości, często bardzo spektakularne i doskonale psujące dobre samopoczucie. Domaga się zapewnień, że jest tym najważniejszym kimś w życiu, a także stałej uwagi i tego, by rzucać wszystko na jedno jego słowo. Chce wiedzieć absolutnie wszystko o życiu tej drugiej osoby. Twierdzi też niekiedy, że wcale nie jest zaborczy, a niekiedy przekonuje, że to dowód prawdziwości uczuć. Do pewnego stopnia ma rację: w związku często chce się mieć tę drugą osobę tylko dla siebie. Kocha się ją, więc chce się z nią spędzać jak najwięcej czasu. Jeśli nie ma się poczucia własnej wartości, można także nie być pewnym uczuć tej drugiej osoby i stale obawiać się jej utraty. Ale zaborczość jest szkodliwa, bo zniewala drugą osobę, wyniszcza ją psychicznie, uniemożliwia kontakty z innymi ludźmi - czasami taki związek może przypominać nałóg albo dwuosobową sektę.

Najgorzej jest po rozstaniu, bo wtedy właśnie uświadamia się sobie, że straciło się kontakt z przyjaciółmi i że w pewien sposób brakuje tych wszystkich ograniczeń, bo życie nagle stało się bardzo puste - a zarazem widzi się, jak inną osobą się stało (zaborczy człowiek chce nas mieć dla siebie, ale jeśli coś mu się w nas nie podoba, często próbuje to zmienić).

Dziękuję, nigdy więcej nie chcę mieć z tym nic wspólnego. I, na szczęście, jestem teraz w podobnej sytuacji, co Małgorzata: tylko niegroźna zazdrość, często udawana.

Ataegina:
Jestem zaborcza, do niedawna nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale teraz wiem.
W żadnym wypadku nie jest to coś, co buduje jakiekolwiek związki, choć często są one oparte na takich relacjach.

Moja zaborczość przejawia się tym, że kradnę ludzi tylko dla siebie, ale nie tak, że nie pozwalam im spotykać się z innymi czy coś podobnego. Jeśli cos mówię, wymagam maksymalnej uwagi skupionej na mnie, tylko i wyłącznie.
Chcę, abym tylko ja była przedmiotem zainteresowania... Teraz już o tym wiem i postaram się to zmienić...

Wędrowczyn:
Zaborczość + miłość = koniec.

Nie jestem zaborczy... Jestem zazdrośnikiem, ale nie okazuje tego, tłumie to w sobie. Jak to powiedziała pewna mądra osoba: "nie lubię się dzielić", dodałbym do tego jeszcze: "nie lubię się dzielić, a szczególnie tym, co kocham."

Kasiekvoo:
Jestem zaborcza!
Chcę mieć wszystko dla siebie,
wszystko ma być tak, jak ja chcę!
I koniec!


Tak myślałam jeszcze w tamtym roku... A teraz... Tłumię w sobie tą zaborczość, bo jest ona jak najbardziej negatywnym uczuciem... Jestem też zazdrosna... Ale tego też staram się nie wyrażać. Po prostu dorastam i ćwiczę swój charakter.

GG o miłości...

Artykul pochodzi ze strony http://psychologia.net.pl

    Z Ewą Wojtyną, psychologiem i lekarzem, rozmawia Renata Mazurowska


Renata:
Początki miłości zawsze są piękne, no ale o końcu związku nie da się niestety tego powiedzieć. Cierpimy, często nawet fizycznie, jest nam źle. Dlaczego?

Ewa:

Nie da się tak po prostu oddzielić psychiki od ciała. Zawsze jedno działa na drugie. A im bardziej nas boli – czy to fizycznie, czy psychicznie – tym silniejszy jest ten wzajemny związek psyche i somy. Jak się nam związek rozpadnie, to myślimy o tym bardzo dużo, wracają do nas wspomnienia, złość, żal, poczucie winy – w głowie się wręcz gotuje. Nie można spać, nie ma się ochoty na jedzenie, codzienne obowiązki są czymś ponad siły… I tak można by wymieniać bardzo długo.

Renata:
Czy za nasze samopoczucie też odpowiedzialna jest chemia? Czy tu właśnie się sprawdza powiedzenie, że miłość jest jak narkotyk?

Ewa:

Ta nieszczęsna chemia jest wszędzie. Może i masz trochę racji z tym miłosnym narkotykiem. Ale tylko troszkę :-))) Kiedy miłość kwitnie, wydziela się w naszym organizmie sporo endorfin – które w naturalny sposób poprawiają nam nastrój. Ale kiedy tych endorfin zaczyna brakować, to wcale nasz organizm nie reaguje objawami abstynencyjnymi – jak w przypadku głodu narkotykowego czy alkoholowego. Pewnie, że brakuje nam tego “miłosnego haju”, ale mechanizm jest jednak inny, niż przy używkach. Za przyczynę podłego samopoczucia uznałabym tu raczej kłębek skołowanych i przykrych myśli. Gdyby tylko o chemię chodziło, to już dawno wymyślono by skuteczny lek na odkochanie się.

Renata:
Im większa miłość tym większy ból, zwłaszcza, jeśli rozchodzimy się nieładnie. Co nam pomoże wrócić do równowagi?

Ewa:

Rozstanie jest olbrzymią stratą. To jak z żałobą. A może nawet trudniej – bo często łatwiej przyjąć czyjąś śmierć, niż czyjeś odrzucenie. Ale podobnie jak w żałobie, potrzebujemy czasu na powrót do równowagi. Najpierw będzie bardzo źle, potem zaczniemy układać sobie życie na nowo. Na pewno pomogą w tym przyjaciele. Poczucie wsparcia jest niezwykle ważne. Dobrze jest też przenieść uwagę z przeszłości na teraźniejszość i po trochu na przyszłość – na siebie, na swoje potrzeby. Często pomaga zajęcie się czymś. Szczególnie czymś, co lubimy, co jest dla nas ważne. Rzucenie się w wir pracy pozwala oderwać się od przykrych myśli. Ale trzeba uważać, żeby z tym nie przesadzić.

Renata:
Jak długo trwa “wracanie do siebie”?

Ewa:

Strasznie trudne pytania zadajesz :-))) Przystosowanie się do zmian to często wiele miesięcy, często i roku jest mało. Im poważniejszy był związek i im bardziej bolesne rozstanie tym dłużej może trwać powrót do równowagi. Zwykle jednak samo przyzwyczajenie się do straty nie trwa dłużej niż rok. Ułożenie sobie życia na nowo może trwać kolejny rok. Nie chciałabym tu podawać takich ścisłych terminów – różnie to bywa. W każdym razie, jeśli czas biegnie, mija rok, dwa, a my ciągle żyjemy przeszłością i nie wychodzi nam nowe życie, to jest to moment, w którym warto poszukać pomocy.

Renata:
A co to w ogóle oznacza, że wracamy “do siebie”?

Ewa:

Ciężko zdefiniować “siebie” w takich okolicznościach. Bo już nie jest się tym samym kimś, kim było się przed wejściem w związek. Partner staje się częścią z nas, a część nas wtapia się w partnera. Kiedy kończy się związek, pojawia się w nas samych wyrwa, którą ciężko zapełnić. Nie pasują już stare sposoby – te sprzed zakochania się. Rozstanie prowadzi więc do tworzenia czegoś nowego. Może to marne pocieszenie, ale można powiedzieć, że pod tym względem rozstanie się daje możliwość własnego rozwoju.

Renata:
To może lepiej nie inwestujmy zbyt wiele z siebie w związek, nie zatracajmy się dla drugiej osoby, bo co nam z siebie zostanie po rozstaniu?

Ewa:

Masz rację, że im więcej zainwestujemy w związek, im bardziej się “zatracimy”, tym większa wyrwa zostaje po rozstaniu się. I trzeba się bardziej napocić, żeby ją zapełnić. Jeżeli w związku mieliśmy więcej swobody, mieliśmy więcej niezależności, to rzeczywiście łatwiej nam będzie poradzić sobie z rozstaniem. Bo nie byliśmy aż tak zaangażowani... Ale dobry związek polega właśnie na zaangażowaniu, na zachowaniu równowagi pomiędzy własną swobodą, a zależnością od partnera. Czyli, jeżeli kończy się taki związek, to zawsze pojawi się bolesna dziura.

Renata:
Niektórzy sądzą, że najlepszym lekarstwem na złamane serce jest nowa miłość, co o tym sądzisz?

Ewa:

Że to ryzykowny sposób – zwłaszcza dla nowego partnera. Zbyt łatwo można wtedy przenieść na niego stare urazy czy oczekiwania z poprzedniego związku. Zbyt łatwo się można odegrać na nowym partnerze. To nie stwarza dobrych warunków dla rozwoju związku. Ale z drugiej strony nowa miłość może zdziałać cuda. Na nowo rosną skrzydła. Trzeba jednak bardzo uważać.

Renata:
A może dajmy sobie czas dla siebie? Na spokojne rozeznanie się w swoich potrzebach? Na zaopiekowanie się sobą?

Ewa:

To jest dobre rozwiązanie. Taki czas pozwoli poukładać sobie wszystko na nowo. Daje szansę, by zamknąć na dobre stary związek. Szansę na wyciągnięcie sensownych wniosków. No i na rozejrzenie się za Kimś nowym :-)))

Renata:
Do czego potrzebne nam jest takie doświadczenie bólu rozstań? Czy następnym razem będzie nam łatwiej?

Ewa:

Nie wiem czy będzie łatwiej. Może będziemy trochę rozsądniejsi, może nie popełnimy tych samych błędów. Może znajdziemy dla siebie jakąś nową, fajną drogę życiową. Ten ból po prostu się dzieje. A co z nim zrobimy, jak go wykorzystamy, to już w dużej mierze zależy od nas samych. Oby było to ostatecznie twórcze! Chociaż osobiście wole się zakochiwać niż rozstawać, nawet jeśli miałoby to być dla mnie mniej rozwojowe. :-))))))

wtorek, 04 września 2007
,

"Szczęście jest ukryte w drobiazgach więc nie czekaj na zrządzenie losu, ale ciesz się z tego co masz, a zazwyczaj masz więcej niż zauważasz"



"Jesli bardzo czegos pragniesz, to daj temu odejsc. Jak wroci, to znaczy, ze jest twoje. Jesli nie, to znaczy, ze nigdy nie mialo byc twoje..."

poniedziałek, 03 września 2007
brak

A jednak myślałem, że już blog mogę uważać za zamknięty. Znów coś tu pisze. Sam nie wiem, czemu. Coś mi podpowiedziało – „napisz cos”. Zaraz siadam do angielskiego. Wyłączam telefon, komputer. W tle leci płyta MICHAELA BUBLE (bardzo cichutko, ze prawie go nie słychać) Postanowiłem, że udowodnię sobie – ZDAM !.  

Ostatnio się bardzo dużo wydarzyło w stolicy i moim życiu….. ale o tym innym razem
środa, 30 maja 2007
What if I:
*stay
*walk away
*cry
*die
*pay
*say how much U mean to me
Will U :
*stay
*walk away
*cry or
*die


/so easy to explain but so hard to understand/

[words from the bottom of my heart
poniedziałek, 02 kwietnia 2007

Jeśli któregoś dnia poczujesz, że chce Ci się płakać.
Zadzwoń do mnie...
Nie obiecuję, że Cię rozbawię, ale mogę płakać razem z Tobą...
Jeśli któregoś dnia zapragniesz uciec, nie bój się do mnie zadzwonić...
Nie obiecuję, że Cię zatrzymam, ale mogę pobiec z Tobą...
Jeśli któregoś dnia nie będziesz chciała nikogo słuchać.
Zadzwoń do mnie.
Obiecuję być wtedy z Tobą i obiecuję być cicho...
Ale..·Jeśli któregoś dnia zadzwonisz.. ·I nikt nie odbierze...
Przybiegnij do mnie bardzo szybko.
Mogę Cię wtedy..

 

 

 Potrzebować...

środa, 28 marca 2007
ajj
Chyba jak najszybciej powinienem zbadac glowe. ciagle zawroty,budzenie sie z ogromnym bolem glowy(jeszcze gorzej niz bym cos wypil-a po urodzinach powiedzialem sobie DOSC!). Leki juz nawet nie pomagaja. Jest jedenk punkt na glowie ktory mnie szczegolnie boli.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8